Bardzo się cieszę, jeżeli wśród Was są osoby, które podczas ogladania urodzinowej sesji fotograficznej mojej córki (do wglądu dzięki uprzejmości Facebooka) zwróciły uwagę na tort.
Pod wszystkimi pochlebnymi opiniami, powinnam oczywiście napisać skromnie, że to pikuś, że każdy może taki tort zrobić i że zajmuje to dosłownie chwilę. Niestety prawda okazała się zupełnie inna i tym samym przyłożyła mi solidnie z liścia. Ambitnie postanowiłam zrobić wszystko osobiście. Po pierwsze-biszkopt, po drugie-masa, po trzecie-lukier, po czwarte- dekoracja.
O ile, dzięki niezawodnemu przepisowi mojej mamy na biszkopt i masę, ta część okazała się stosunkowo prosta (nie łączyć z określeniem 'mniej pracochłonna'), to już wyrabianie lukru, sposób jego nakładania na tort i końcowa dekoracja, nieco podcieły mi skrzydła.
Od początku zmyliła mnie łatwość w wykonaniu masy lukrowej (wiecie: woda,glukoza, cukier puder i żelatyna) i moja lekko naiwna wiara we własne możliwości. No że 'jak to, ja nie potrafię?'. A potem było tylko gorzej: bo masa mało plastyczna, bo wysycha zbyt szybko i kruszeje, bo się rwie przy naciaganiu. Mój Mąż, aby mnie pocieszyć i podbudować moje nagle nadwątlone ego stwierdził, że za drugim razem z pewnością pójdzie mi lepiej. Po czym, szybko się zreflektował, że przecież niczego nie robię dwa razy. Zwłaszcza, jeśli stracę do tego zapadł, a w tym wypadku, zdecydowanie byłam na dobrej drodze.
No i jeszcze czas, który na to poświęciłam. Nic tylko mieszanie, wyrabianie, lepienie, cięcie i klejenie. Kilka solidnych godzin dziubania.
Reasumując: nie wszystko jest tak proste, jak się wydaje, no i należy docenić cukierniczy fach.
Poniżej, po wielu trudach wreszcie gotowy czekoladowo-waniliowy tort z konfiturą i wiśniami (dla tych, co jedli 'tak, tak, to wszystko tam było').