Witam wszystkich i zapraszam na salony

W dzisiejszych czasach kobieta musi być "tą od wszystkiego". Od dbania o dom, troszczenia się o rodzinę, od zarabiania pieniędzy, od utrzymywania kontaktów towarzyskich, od przewidywania, doradzania, planowania, pocieszania... I czasem tylko bywa, że w ferworze swych zajęć, tego ciągłego przeskakiwania z jednej roli w drugą stwierdza nagle, że właściwie to ona już nie wie, jaka jest naprawdę i czego oczekuje. I wtedy właśnie zaczyna rozglądać się za czymś, co będzie potrafiło ją zdefiniować.

Chciałabym, aby ten blog był miejscem, gdzie spotka się wszystko to, co mnie interesuje, bawi i zachwyca. Najzupełniej subiektywne, luźne wpisy, zamknięte w schemacie. Salon, biblioteka, garderoba, kuchnia czyli mój dom otwarty. Otwarty dla mnie, moich przyjaciół oraz tych, którzy po prostu lubią czasem zajrzeć przez cudze okno :)

Nie wykluczone również, że z dystansu jaki daje słowo pisane, spojrzę na codzienne zajęcia innym już zupełnie okiem. A tymczasem wytrwałości, sumienności i regularności sobie życzę. A Was zapraszam na salony.

czwartek, 24 stycznia 2013

Mazanie po ścianach

Często słyszałam w dzieciństwie, że w swoim mieszkaniu, "to będę sobie mogła robić, co mi się będzie żywnie podobało", ale do tego czasu - spokój.
Malowanie po ścianach zaliczało się do jednej z tych zakazanych dziedzin mojej twórczej aktywności, chociaż marzyłam o pięknym graffiti na całej ścianie. Jedyne, co udało się przeforsować, to wspomniane graffiti (I love free), ale w postaci rysunku, na ogromnej płachcie posklejanych arkuszy bristolu, przerobione zresztą wkrótce na plakat The Beatles z podobiznami muzyków zerżniętymi z okładki Revolver. Kariera plakatu nie była zbyt spektakularna. Zniknął z mego pokoju z chwilą, gdy zleciał pewnej nocy ze ściany, nakrywając szczelnie mojego śpiącego, a w konsekwencji przerażonego, Tatusia.

Od tego czasu minęło jakieś 15 lat, ale pragnienie posiadania własnoręcznie pomalowanej ściany pozostało. I nie chodzi tu bynajmniej o zwyczajne pokrycie jej farbą, bo to miałam okazję robić i wcześniej, ale o prawdziwe twórcze wyżycie się.  
Inspiracją okazało się poniższe zdjęcie.


Tak natknęłam się na produkty dekoracyjne marki Tikkurila, a zwłaszcza na farbę Taika Pearl Paint.

http://www.tikkurila.pl/farby_dekoracyjne/produkty/produkty_wewnetrzne/produkty_dekoracyjne/taika_pearl_paint.520.shtml

Jest ona genialna poprzez swją uniwersalność. Daje śliczny połysk bez względu na to, jaki jest kolor podkładu (na karcie kolorów Tikkurili Producent podpowiada, do których kolorów lepiej użyć srebrnej, a do których złotej Taiki). Więcej informacji uzyskacie na temat tego produktu na stronie Tikkurili. 

Mój pomysł polegał na tym, że pokryję w ten sposób tylko kawałek ściany w salonie i przedpokoju. Motywem przewodnim zostały dwa miasta - Kraków i Kijów, a konkretnie ich najsłynniejsze budowle. I tak Kościół Mariacki oraz Wawel ozdobiły dość długą ścianę salonu, zaś  Ławra pojawiła się w przedpokoju. Szablony przygotowałam na podstawie znalezionych w Internecie zdjęć, które powiększyłam i wydrukowałam, a następnie przeniosłam linię budynków na arkusz sztywnego  kartonu. W niektórych miejscach musiałam trochę improwizować, ale efekt okazał się zadowalający. Pamiętajcie, wzór nie może być zbyt skomplikowany, im bardziej geometryczne formy, tym lepszy efekt uzyskujemy po nałożeniu farby. Zresztą, łatwiej też wytniemy szablon.
Gotowy szablon przykładamy do ściany na odpowiedniej wysokości ( fajne jest to, że możemy wykorzystać obie części szablonu, dolną i górną, w zależności od tego, którą część ściany chcemy ozdobić). Ja postanowiłam iść za ciosem (patrz zdj. powyżej) i wykorzystałam dolną część szablonu, aby pomalować górną część ściany. Brzmi dziwnie? Może i tak, ale w rzeczywistości jest banalnie proste. Zaraz zobaczycie jak wygląda efekt mych zabaw z mazaniem po ścianie.


Aniołek

Prezentowany poniżej strój, to wypadkowa kilku czynników: chwilowego posiadania nadmiaru czasu, nieposiadania dzieci (równie chwilowego:) oraz posiadania Siostrzenicy.
Alicja, która rozpoczęła dopiero przedszkolną edukację, jak na rezolutną trzylatkę przystało, otrzymała rolę Aniołka w Jasełkach. Stanęliśmy przed dylematem, w co ją na tę okazję ubrać. Ala pomimo młodego wieku, jest osobą niezwykle świadomą swego wyglądu, więc wszystko, co nie jest długą, balową suknią, bądź nie posiada falban, trenów i nie błyszczy, nie zyskuje jej aprobaty. Niestety ze względu na charakter odgrywanej postaci (tańce, wywijanie nogami czyli szeroko pojęta ruchliwość) wszelkie długości midi i maxi odpadały. Strój miał być lekki, zwiewny i niekrępujący.   
Tak narodził się pomysł na stworzenie spódniczki tutu, bardzo popularnej w Internecie. Jej niewątpliwą zaletą jest prostota wykonania i efektowność. Ja dorzuciłabym jeszcze niski koszt (przed karnawałem tiul był naprawdę tani, zwłaszcza ten sztywny). Dokładny opis tego, jak należy zrobić taka spódniczkę znajdziecie na tysiącach blogowych stron. Ja korzystałam z poniższego instruktażu, gdzie Autorka bardzo wyraźnie opisuje poszczególne kroki, ilustrując je zdjęciami. 
Podczas wiązania spódniczki czułam się jak w zakładzie tkackim, pleciesz i pleciesz bez końca, ale efekt wart jest pracy. Aby nadać spódniczce charakteru, obkleiłam ją srebrnymi cekinami, wykorzystując do tego specjalny klej do tkanin zakupiony w pasmanterii. Sprzedawca zapewniał, że klej sprawdzi się znakomicie, gdyż po wyschnięciu staje się bezbarwny, nie brudzi i doskonale trzyma przyklejane elementy, nawet po praniu (tego akurat nie testowałam). Reszta się zgadza.
Tutu zostało uzupełnione bluzeczką z aplikacją. Ala doczekała się wreszcie błyszczących elementów, chociaż gdyby to tylko od niej zależało, cała bluzka świeciłaby jak latarnia. Polecam zakup gotowych aplikacji (ja kupiłam taśmę kwiatową na metry i wykorzystuję ją gdzie się da), gdybym miała przyszywać to oddzielnie - wyzionęłabym ducha.
Poniżej Anioł w pełnej krasie (skrzydła zapewniło Przedszkole).











  

czwartek, 17 stycznia 2013

Z cyklu Cztery Kąty: Zrób sobie storczyka

Poniżej przepis dla wszystkich tych, którzy kochają orchidee, a zdają sobie sprawę, że nie można ich trzymać w łazience bez okien. To również edukacyjny post dla tych, którzy tej świadomości nie posiadają.

Zasadniczo storczyk składa się jedynie z kilku podstawowych części (patrz rys. poglądowy)


- łodyga z kwiatami i pąkami,
- liście,
- charakterystyczne korzenie,

oraz dodatkowo

- podpórka do łodyg,
- naczynie, w którym umieścimy kwiat,
- podłoże

Wystarczy tylko we właściwej kolejności połączyć powyższe elementy i otrzymujemy efekt jak poniżej :)


A teraz szczegóły :

- najważniejsza jest gałązka z kwiatami. Z doświadczenia wiem, jak trudno znaleźć coś, co wygląda w miarę naturalnie i nie ma płatków strzępiących się po bokach. Mój ideał (różne rozmiary i kolory) znalazłam w BRW w dziale z akcesoriami dla wnętrz. Ważne jest również, że gałązka daje się  łatwo formować, stąd można jej nadać dowolny kształt, zbliżony do oryginału.
- łodyga, z racji tego, że dźwiga dość sporo kwiatów, musi być solidnie osadzona. Doskonała jest do tego sucha gąbka florystyczna, którą umieszczamy w naczyniu, podobnie jak liście i korzenie,
- liście i korzenie kupiłam na sztuki na giełdzie kwiatowej,
- naczynia szukałam dość długo, ponieważ zależało mi aby było dość płaskie. Wreszcie udało mi się na nie trafić w IKEI.
- na koniec całość uzupełniłam zakupionymi w sklepie ogrodniczym kawałkami skorupy orzecha kokosowego (do tego celu można wykorzystać także podłoże dla storczyków zawierające korę). 

Taka kompozycja doskonale sprawdzi się w miejscach z brakiem dostępu światła słonecznego, a także w mieszkaniach osób nienawykłych do opieki nad kwiatami.

środa, 16 stycznia 2013

Jeszcze w duchu Świąt

Moje mieszkanie od dwóch lat przybiera na Święta te same szaty. Jestem w tym konsekwentna i już. Kilka pierwszych, wspólnych z Moim Mężem sezonów zimowych  upływało od znakiem żywych choinek, bez których On nie wyobrażał sobie Świąt. Ja byłam bardziej liberalna w tej kwestii. Pierwsza choinka, którą pamiętam z dzieciństwa była raczej rachityczna*, stąd każde kolejne drzewko było już dla mnie mistrzostwem świata w dziedzinie sztucznych choinek.
Trzy lata temu moje serce całkowicie zdobył pomysł osadzenia sztucznego drzewka na pniu umieszczonym w donicy. Ze względów cenowych odpadła opcja jego zakupu w sklepie. Szczęśliwie krakowska giełda kwiatowa oferuje szeroki wybór w rozsądnych cenach,wymagając w zamian jedynie pobudki w weekend o wściekle wczesnej porze. Na takie poświęcenie byłam jednak gotowa. Jednocześnie zaopatrzyłam się tam w większość choinkowych ozdób, które są często o kilkanaście procent tańsze niż w sklepach.  Starczyło tego nie tyko na choinkę, ale i na udekorowanie okien, o czym wcześniej nawet nie myślałam.











*Określenie to doskonale oddaje naturę wspomnianego przedmiotu. Lekko krzywawe, chude i długie jak ja w okresie dojrzewania :) W wersji dla ludzi z bardziej wybujałą wyobraźnią i skrzywionym spojrzeniem na świat można by go opisać jako "choinkowego patyczaka"

Reaktywacja

Nie będę rozwodzić się nad tym co robiłam i dlaczego nie pisałam, tylko od razu przejdę do rzeczy. Wracam i odświeżam bloga.
Na początek pojawi się kilka pomysłów dotyczących urządzania mieszkania. Mam teraz trochę wolnego czasu dlatego nadrabiam zaległości w tej dziedzinie.
Moje mieszkanie ma ok. 58 m2, więc wolna przestrzeń o działań twórczych powoli się kurczy, ku nieukrywanej radości Mojego Męża. W naszym teamie pełni on zazwyczaj rolę, co tu ukrywać, raczej konstruktorsko-budowlaną, stąd każdy mój kolejny pomysł przyjmuje raczej z rezerwą. Zresztą zobaczcie sami...